Cienie pracy kierowcy

Data dodania: 06.12.2019

Katarzyna Zbijewska od czterech lat jeździ ciężarówkami. Praca jak każda inna, bywa lepiej lub gorzej. Ale przygody z nielegalnymi imigrantami w swojej ciężarówce nie przewidziała.

 

Marzyła o prowadzeniu łódzkiego tramwaju lub autobusu. To przypadek sprawił, że wsiadła za kółko ciężarówki i pokochała pracę kierowcy poruszającego się na trasach międzynarodowych.

TOP Drivers: Częste wyjazdy, długie godziny w trasie… Jak rodzina zareagowała na pomysł jeżdżenia ciężarówką?

Katarzyna Zbijewska:  Zacznijmy od tego, że jako pierwsza w rodzinie mam prawo jazdy na osobówkę, a co dopiero na coś większego! Kiedy okazało się, że zamiast do komunikacji miejskiej wsiadam do ciężarówki, mój tata się bardzo ucieszył. Mama natomiast była przerażona: „jak ty takim wielkim będziesz jeździła” - mówiła. Reszta rodziny też była sceptycznie nastawiona. Uważali, że raczej sobie nie poradzę „bo jak to, kobieta?”. Wszyscy chyba w pamięci mają jeszcze ciężarówki z czasów komuny. Wedy rzeczywiście trzeba było się namęczyć, a teraz to wszystko prowadzi się jak osobówkę, albo i wygodniej.

TD: A technika jazdy? Nie miałaś z tym problemu?

KZ: Sama jazda ciężarówką, to żaden problem. To nie jest fizyka kwantowa. Poza tym, jako kobiety mamy pewne ograniczenia w kwestii BHP. Na przykład nie możemy za dużo dźwigać, nam nie wolno wziąć sześćsetkilogramowej palety na paleciaka i tego ciągnąć. Ale też jedna kobieta sobie poradzi, inna nie.

TD: Co masz na myśli?

KZ: Jeździłam zarówno na firankach, jak i na chłodniach i nie miałam z tym problemu. Na plandece trzeba się trochę namęczyć, odsuwać jeden bok, drugi, dach złożyć, deski zdjąć, naciągnąć pasy… ale to nie są rzeczy, z którymi kobieta sobie nie poradzi. Nikt mi jeszcze w oczy nie powiedział, że się nie nadaję, że „kobieta to do garów”. Czasami tylko ktoś ma odwagę mi zasugerować, że nie wyobraża sobie, żeby jego kobieta tak pracowała.

TD: A jak wyglądają Twoje relacje ze współpracownikami?

KZ: Większość ludzi cieszy się, jeśli mnie widzi. Czasami słyszę, że to miło, że kobieta jest na parkingu itp., ale nie czuję się dyskryminowana, że jestem gorszym kierowcą lub coś takiego. Ok, czasami wychodzą z magazynu, żeby zobaczyć, jak cofam pod rampę. Zdarza się, że wyciągają telefony i nagrywają. Nie uważam się, że jestem lepsza czy gorsza. Mam słabszy dzień, to będę dziesięć minut cofać pod rampę, a innego dnia za pierwszym razem podjadę. To wszystko jest kwestią doświadczenia. Są osoby, które się nadają i które nie.

TD: Wiele jeździsz na trasach międzynarodowych. Jak to oceniasz z perspektywy kobiety?

KZ: Uważam, że za granicą jest trochę bardziej niebezpiecznie. W Polsce nigdy nie miałam potrzeby barykadowania się w aucie. Tu rzadko się słyszy, że okradli kogoś w kabinie, że wpuścili gaz, zabrali wszystko i zostawili w samej bieliźnie. W Berlinie miałam taką sytuację, że bałam się wyjść z ciężarówki do sklepu 600 m dalej.

TD: Co się stało?

KZ: Po prostu pewna część społeczeństwa niemieckiego patrzyła się na mnie z nieskrywaną nienawiścią i pogardą, że jak to… ja, kobieta, blondynka, biała, siedzę za kierownicą sama, w takim pojeździe… Naprawdę się ich obawiałam.

TD: Praca kierowcy to jednak odpowiedzialność nie tylko za swoje bezpieczeństwo, ale też samochodu i ładunku. Tej jesieni przekonałaś się o tym na własnej skórze?

KZ: Tak. Pod koniec października robiłam przerzut z Hiszpanii na Anglię. W Hiszpanii nie byłam w magazynie przy załadunku, ale brałam udział w zakładaniu plomby i kłódki. W trasie robiłam 24-godzinną pauzę na wysokości Bordo we Francji, później 9 godzin przed Paryżem i 45 minut na wysokości Rouen, skąd pojechałam prosto do Calais. I tam, po francuskiej stronie portu byłam na „biciu serca”, sprawdzali mi naczepę i okazało się, że coś wykryto. Przyjechała francuska policja, otworzyli mi naczepę, która była zaplombowana, bo plomba była oryginalna, a kłódka założona. Dostałam zaświadczenie, że nic nie znaleźli i jest w porządku, po czym przejechałam 500 metrów na brytyjską stronę i wyciągnęli mi trzynaście osób z samochodu. Imigranci stwierdzili, że wpuścił ich na naczepę kierowca - siwy człowiek po pięćdziesiątce.

TD: Opis ewidentnie nie pasował. Co zatem działo się później?

KZ: Spisano moje zeznania, połowa ładunku poszła do utylizacji, bo to były ciastka. Niedawno dostałam telefon od szefa, który poinformował mnie, że ubezpieczyciel uważa, że ja wpuściłam imigrantów do samochodu. Ustnie i poprzez smsy zostałam dyscyplinarnie zwolniona, zagrożono mi procesem na 300 tys. zł. kary za zniszczony ładunek. Po dużym odzewie w Internecie, obecnie oficjalnie stanowisko firmy jest takie, że mnie nie zwolniono, tylko poinformowano o takiej możliwości.

TD: Z jakimi postawami innych kierowców się spotkałaś?

KZ: Generalnie mnie wspierają. Szczerze, to tylko 1 procent stwierdził, że to dziwna sprawa i 1 procent, że na pewno wzięłam za to pieniądze. Myślę, że ten cały odzew od kierowców wpływa dobrze na moją sytuację.

TD: Czy takie doświadczenie oznacza dla Ciebie koniec kariery kierowcy?

KZ: Nadal chcę jeździć. Uwielbiam być w trasie. To się kocha i jednocześnie nienawidzi. Bardzo lubię jeździć, bo na wszystko mam czas, oczywiście mówiąc o międzynarodówce. Mogę pograć na konsoli, zrobić sobie obiad, obejrzeć serial lub film. Kiedy pytam znajomych, którzy pracują w biurze, czy coś oglądali, to słyszę, że nie mają na to czasu. A ja mam!

TD: Dziękuję za rozmowę.

 

Katarzyna Kucharska

kolArt-media

Udostępnij artykuł znajomym: