Zygmunt Zalewski: w ciężarówce jestem niczym marynarz

Data dodania: 17.07.2020

Kiedy zaczynał pracę jako zawodowy kierowca, doba miała być dłuższa niż 24 godziny. A tachograf? Jego zapis mógł wylecieć przez okno i nikt by tym się nie przejął. O tym jak od lat 90-tych zmieniła się sytuacja zawodowa kierowców rozmawialiśmy z Zygmuntem Zalewskim.

 

TOP Drivers: Od jak dawna jeździsz ciężarówką?

Zygmuntem Zalewski: W sumie to od kiedy w latach 90-tych dostałem powołanie do wojska. Od zawsze byłem zakochany w ciężarówkach, a wzmocniło się to, gdy widziałem, jak szwagier jeździł.

TD: Wojsko ułatwiło start w tym zawodzie?

ZZ: Kiedyś było ciężko z pracą, bo trzeba było być młodym i mieć minimum pięć lat doświadczenia. Dopiero w XXI wieku to się zmieniło, a kierowca zaczął być poszukiwany jak złoto. Wcześniej było wielu kierowców, więc i wymagania od nich były większe.

TD: Co się zmieniło w ciągu Twojego ponad piętnastoletniego doświadczenia truckerskiego?

ZZ:  Zacząłem w ‘93 i jeździłem do 2000 roku. Do zawodu wróciłem w 2010 roku. Kiedyś były inne czasy, drogi, samochody - stary, jelcze… to była cięższa praca. Dobrze, że byłem mechanikiem, to sobie sam radziłem z różnymi niedogodnościami. Ale ogóleni, to była tragedia. Tacho się nie liczyło. Wtedy tachograf rysował na kartkach, nikt tego nie przestrzegał, nawet policja. Można to było wyrzucić zapisy przez okno i tyle. Miałem takiego szefa, że i 24 godziny pracy, to mu było za mało. Na przykład robiłem trasę Gdańsk-Śląsk, to chciał, żebym to robił trzy razy w tygodniu. A wtedy Jelczem na Śląsk przy prędkości 60km/h jechałem 10-12 godzin w jedną stronę.

TD: Czy wynagrodzenia to rekompensowały?

ZZ: Kiedyś kierowca nie był dobrze płatnym zawodem. To wszystko wykańczało psychicznie, nie było życiem, dlatego na jakiś czas zrezygnowałem. Pracowałem więc na budowie, jako mechanik, w magazynie w Holandii, podstawiałem kontenery pod magazyn… ale ciągle zerkałem na te wielkie samochody. Zastanawiałem się, czy się może coś zmieniło w branży…

TD: I wszedłeś ponownie do tej samej rzeki…

ZZ: Tak, ale teraz pracuję w firmie, gdzie co 3 lata są wymieniane samochody, nie jesteśmy przemęczani, pilnowany jest czas pracy, a nie, że po 15 godzin za kółkiem. Firma, w której obecnie pracuję, ma regulamin, że kierowcy mogą pracować maksymalnie pięć dni po dziesięć godzin i uważam, że to jest dobre rozwiązanie. Mam też swoją ciężarówkę. 10 lat temu rzuciłem palenie i na przykład bardzo cenię, że w moim samochodzie nie czuć dymu. Nie denerwuję się, że ktoś nie posprzątał, czegoś nie zrobił. Mam swoje klucze, swoje rzeczy tam, muzykę itp. Auto idzie na myjnię, jest wysprzątane, eleganckie. To jest moja wizytówka.

TD: Myślisz, że wszędzie tak jest?

ZZ: Z tego co pytam, to w Polsce jest tragedia nadal. Magnesy są na porządku dziennym. Godziny nie lecą, a oni pracują. I to są wytyczne od szefów. Ale ja od 15 lat jeżdżę za granicą i nie narzekam. Obecnie jeżdżę po Niemczech.

TD: Czy w związku ze światową epidemią coś zmieniło się w Twojej pracy?

ZZ: W firmie mówią, że jest ciężko, ale pracy mamy dużo, jeżdżąc po kraju. Wiadomo, są trudności po Europie. Czasami wydaje mi się, że jest nawet więcej pracy niż przed covidem.

TD: Jak z perspektywy czasu oceniasz swój życiowy wybór zawodowy?

ZZ: W ciężarówce jestem niczym marynarz. Sam. To ja decyduję, gdzie stanąć, można wiele przemyśleć, przeczytać na pauzie. Ostatnio czytałem książkę o Danucie Wałęsie - żona mi podsunęła. Czasami coś Grocholi poczytam…

TD: A po pracy?

ZZ: Pasje trochę minęły, wdarło się lenistwo ???? Został rower, spacery…

TD: Dziękuję za rozmowę.

 

Katarzyna Kucharska

kolArt-media

 

Udostępnij artykuł znajomym: